Menu Zamknij

„Zuzia i Pielgrzym” – opowiadanie na Dobranoc

Zuzia obudziła się z głębokiego snu. Przez moment leżała nieruchomo starając się wsłuchać w panującą dookoła niej ciszę. Powoli otworzyła oczy, lecz nie była w stanie nic dostrzec, gdyż w pokoju zalegał mrok. Przez chwilę nie była pewna, gdzie się znajduje. Z całego serca pragnęła, aby był to jej mały, własny pokoik. Ale nasilający się coraz bardziej ból brutalnie przywrócił ją do rzeczywistości. ,,Morfina przestaje działać” – pomyślała.

Zuzia była ładną, wesołą, pełną życia dziewczynką, oczkiem w głowie rodziców. Od września miała rozpocząć naukę w wymarzonym gimnazjum. Niespodziewana, tragiczna wiadomość spadła na nią nagle, niczym grom z jasnego nieba. Początkowo lekarze pełni byli optymizmu, tłumaczyli jej, że przy dzisiejszym postępie medycyny nowotwór nie musi oznaczać wyroku śmierci. Ostrzegali co prawda przed czekającą ją długą i ciężką walką, ale w zwycięstwo nie wątpili ani przez chwilę. Zuzia nie była w stanie podzielać ich myśli. Głęboko na dnie serca czuła bowiem, że walka ta już dawno została przez nią przegrana. Nie widząc dla siebie znikąd żadnego ratunku zamknęła się w sobie, pragnąc we własnym wnętrzu zatrzymać cały swój ból, żal i smutek. Nie skarżyła się podczas bolesnej chemioterapii, nie płakała, kiedy lekarze w jak najbardziej delikatnych słowach oznajmili jej, że leczenie nie przynosi żadnej poprawy. Na pozór spokojna i opanowana, pogodzona z losem i gotowa na wszystko, tak naprawdę odczuwała w swym sercu nieopisany strach przed tym co nieuniknione, przed śmiercią. Nie miała jednak z kim o tym porozmawiać, gdyż wszyscy dokoła niej nadal łudzili się, że cała ta historia zakończy się wielkim happy endem. Lęk ten, tłumiony głęboko w sercu, potęgowany w dodatku niewiedzą odnośnie tego, co czeka ją po drugiej stronie życia, jeszcze bardziej wzmagał jej fizyczne cierpienia.

Ukojenia starała się szukać na modlitwie, jednakże jej rozmowa z Bogiem zwykle kończyła się w ten sam sposób: obwinianiem Go o to, że zesłał na nią tak straszliwą i niezasłużoną karę. Dlaczego?! To pytanie prześladowało ją nieustannie, było jak bolesna rana, która nie chce się zabliźnić. Rozżalona, zbuntowana przeciw Bogu i całemu światu, zupełnie odcięła się od rzeczywistości. Leżała całymi dniami pogrążona w czarnych myślach o kruchości ludzkiego życia i przemijaniu. Przestała cieszyć się z odwiedzin rodziców, do personelu szpitalnego odnosiła się z wrogością, zrezygnowała także z codziennych rozmów z Bogiem.

Ból nasilał się coraz bardziej, ale Zuzia nie miała ochoty na kolejną dawkę morfiny. ,,Jeszcze nie teraz -pomyślała. Poczekam, aż będzie on naprawdę nie do zniesienia.” Z dużym wysiłkiem podniosła się odrobinę na poduszce. Naraz znieruchomiała. Wydało jej się bowiem, że dostrzegła w kącie pokoju czyjąś nieruchomą sylwetkę. Wytężyła jak tylko mogła najbardziej wzrok, starając się przebić przez spowijające ją zewsząd ciemności i odgadnąć, kim może być owa tajemnicza postać. Zjawa musiała dostrzec jej reakcję, gdyż bezszelestnie poczęła zbliżać się do jej łóżka. Zuzia miała wrażenie, że postać ta unosi się lekko nad ziemią, nie słyszała bowiem jej kroków. Przyzwyczajone już nieco do ciemności oczy Zuzi pozwoliły jej stwierdzić, że zjawą tą jest wysoki, postawny mężczyzna. Nie mogła jednakże dostrzec jego twarzy, gdyż był on ubrany w mnisi habit z narzuconym na głowę kapturem. Przerażona Zuzia skuliła się pod kołdrą. ,,Oto wybiła godzina mojego odejścia” – pomyślała z rosnącym lękiem. Nie była na to jeszcze wystarczająco gotowa, ale to nie miało już w tym momencie żadnego znaczenia. Tajemnicza postać musiała wyczuć jej strach, gdyż odezwała się do niej głębokim, pełnym łagodności głosem:

– Nie lękaj się, Zuziu! Nie jestem tu po to, aby cię skrzywdzić, ale żeby pocieszyć.

– Pocieszyć mnie? – Zuzia przez moment zastanowiła się nad tymi słowami- Pocieszyć…kim jesteś, panie?

– Jestem Bożym Pielgrzymem. Wędruję po świecie, aby nieść ludziom ukojenie, wiarę i nadzieję-odparł nieznajomy.

-Przyszedłeś mnie wyleczyć? – w sercu Zuzi zatlił się płomyk nadziei. ,,Może wszystko będzie jeszcze, takie jak dawniej” – pomyślała.

– Nie została mi dana moc, aby wyleczyć twoje ciało. Mogę jednakże uzdrowić twoją duszę.

– Jak chcesz tego dokonać? Czyż nie wiesz, że trawiąca mnie choroba odebrała mi wszystko, nawet duszę?! Po co miałbyś ją leczyć, kiedy i tak niedługo będę musiała umrzeć. Tyle rzeczy chciałam jeszcze zrobić w życiu, tak wiele zobaczyć, przeżyć, podbić cały świat…a teraz…nie pozostało mi już nic, dosłownie nic…- długo tłumione żale znalazły wreszcie swoje ujście w strumieniach oczyszczających łez. Zuzia płakała i płakała. Nie zauważyła nawet, kiedy tajemniczy nieznajomy pochylił się nad nią i łagodnymi, uspokajającymi ruchami zaczął gładzić jej dawno nieczesane włosy.

Kiedy się trochę uspokoiła, spojrzała na przytulającego ją Pielgrzyma. Chociaż nadal miał na głowie kaptur udało jej się dojrzeć jego oczy… Jeszcze nigdy nie widziała takiego spojrzenia, pełnego dobroci i spokoju. Wiedziała, choć nie umaiła tego w żaden sposób wyjaśnić, że rozmawia z prawdziwym Bożym Posłańcem. W tym momencie przestała się lękać. Postanowiła całkowicie zaufać Pielgrzymowi. On wyczuł to i dlatego kontynuował.

– Powiedziałaś przed chwilą, że nie pozostało ci nic, że choroba zabrała ci wszystko. Mylisz się, ona odebrała ci tylko siły fizyczne. Duszę odebrałaś sobie sama, zamykając się dobrowolnie w skorupie bólu i cierpienia. Mówisz, że chciałaś jeszcze tyle zobaczyć, podbić świat…a czyż nie wiesz, że każdy człowiek mieści w sobie cały wszechświat? Tym wszechświatem są nasze wspomnienia i…marzenia. Człowiek, który dobrowolnie skazuje się, tak jak ty na duchową pustelnię poprzez odrzucenie ich, staje się podwójnie nieszczęśliwy. O ileż łatwiej byłoby ci znosić chorobę, gdybyś doceniła potęgę wyobraźni…Dzięki niej możesz zrobić to wszystko, czego nie będziesz mogła nigdy zrobić w rzeczywistości…Wystarczy tylko trochę zaufania i nadziei na to, że po drugiej stronie nie czeka na nas pustka, lecz kochający Ojciec, który po to obdarzył każde ze swych dzieci darem wyobraźni, aby pomagała im ona w pokonywaniu codziennych trudów i zaprowadziła kiedyś do Jego domu…zaufaj Mu, Zuziu. On cię naprawdę bardzo kocha…dlatego właśnie tak cię doświadcza, żebyś mogła w pełni docenić dar Jego miłości!

– Nie rozumiem, Pielgrzymie. Nic nie rozumiem- wyszeptała Zuzia.

– Nie szkodzi…teraz nie rozumiesz, ale niebawem poznasz wszystko, tak ,,jak zostałaś poznana”.

– Co mam w takim razie uczynić?

– Nie zapominaj, że pomimo tego cierpienia, jakiego doświadczasz Bóg bardzo cię kocha.

– A ten wszechświat, który noszę w sobie? To…to marzenia?

-Tak, tylko musisz się odważyć podążyć ich śladem. Czy jesteś na to gotowa?

– Nie wiem… Ale spróbujmy!

-Zaśnij więc. A przed snem pomyśl sobie codziennie, kim chciałabyś w nim zostać, jakie miejsce odwiedzić, kogo spotkać a ja sprawię, że tak będzie…- Po tych słowach Pielgrzym zniknął.

Zuzia została znowu sama w ciemnym pokoju. Ale teraz nie czuła się już samotna w swoim cierpieniu. Wiedziała, że Bóg ją rozumie. Nie bała się już śmierci. Zamiast strachu poczęła odczuwać znużenie. Przyłożyła głowę do poduszki, pomyślawszy najpierw, gdzie chciałaby się we śnie udać, zgodnie z poleceniem Pielgrzyma. Czyniła tak odtąd co noc a Pielgrzym zgodnie z obietnicą, przenosił ją we śnie do krainy jej marzeń.

Aby nie uronić niczego ze swych nocnych podróży, Zuzia postanowiła pisać pamiętnik. Właśnie podczas tej czynności odwiedził ją ponownie pewnego popołudnia Pielgrzym. Tym razem jednak nie odszedł sam. Zabrał ze sobą uwolnioną ostatecznie od wszelkiego cierpienia Zuzię.

Pielęgniarka znalazła ją w kilkanaście minut późnej. Leżała z uśmiechem na twarzy, na jej kolanach spoczywał otwarty na ostatniej stronie kajecik. Kiedy kobieta pochyliła się nad dziewczynką, aby zamknąć jej oczy, przez przypadek spojrzała na ów zeszycik. Było tam napisane tylko jedno zdanie: ,,Każdy z nas mieści w sobie cały wszechświat…wystarczy tylko w to uwierzyć.”

 

Joanna Natalia Hermosa